STRONA GŁÓWNA
O NAS
ZAKRES TŁUMACZEŃ
NASI KLIENCI
CENY
WYCENA
KONTAKT
WIEŚCI Z BRANŻY
OPINIE KLIENTÓW
SŁOWNIKI
 


W Polsce coraz bardziej popularne w branży translatorskiej staje się wyszukiwanie tłumaczy na tzw. "słupa". Jest to praktyka nielegalna, ale bardzo trudna do weryfikacji. Zaczyna się od tego, że duże biura tłumaczeń, które regularnie startują do przetargów np.: na tłumaczenia tekstów wydawanych przez różne organy UE dla polskich ministerstw muszą spełnić bardzo wysokie wymagania odnośnie osób, które będą miały bezpośrednią styczność z przekładanym tekstem. Najczęściej chodzi o wymóg posiadania przez tłumacza poświadczenia bezpieczeństwa dostępu do informacji niejawnej (o różnych klauzulach). Biuro tłumaczeń chcąc stanąć do przetargu musi pochwalić się określoną ilością pracujących dla niego (na umowę o pracę lub o dzieło/zlecenie) tłumaczy, którzy posiadając odpowiedniej rangi poświadczenie bezpieczeństwa (dosyć trudne do zdobycia i kosztowne) mogą mieć styczność z odpowiednim unijnym dokumentem. W związku z tym ma miejsce wyszukiwanie w całym kraju tłumaczy z odpowiednim certyfikatem i zostają z nimi podpisane umowy ramowe, które określają, że JEŻELI w przeciągu jakiegoś okresu zostanie tłumaczowi przesłany tekst do przekładu, to on się tego osobiście podejmie za uzgodnioną stawkę. Tutaj problemem staje się właśnie dosyć wysoka stawka dla tłumaczy z poświadczeniem bezpieczeństwa, która wyeliminowałaby przedmiotowe biuro tłumaczeń z przetargu niemal automatycznie. Dzieje się tak, ponieważ tłumacz z poświadczeniem bezpieczeństwa zgodzi się przykładowo na stawkę 35 zł netto za stronę rozliczeniową, podczas gdy ministerstwo rozpisujące przetarg bierze pod uwagę oferty do 25 zł za stronę. Jak tu sprostać tak niskim kwotom i jeszcze wygrać przetarg i na tym wszystkim zarobić? To proste. Faktyczne tłumaczenia wykonują studenci bez doświadczenia lub praktykanci biura, którzy godzą się pracować za stawkę 15 zł za stronę rozliczeniową, a na papierze zostaje, że biuro wystawiło szereg wykwalifikowanych tłumaczy z certyfikatami. Problem w tym, że owi tłumacze nie dostają ani jednego dokumentu do tłumaczeniu i ich umowy ramowe po pewnym czasie wygasają.
W efekcie dostęp do informacji niejawnej mają osoby, które kategorycznie nie powinny go mieć, a wykonany przez nie przekład jest zwykle tekstem bardzo niskiej jakości. No, ale nie jakość liczy się w tym kraju, a głównie cena, co w przypadku tłumaczeń jest błędem karygodnym.


Rynek usług tłumaczeniowych, jak każdy inny zresztą, nie pozostaje wolny od różnego rodzaju oszustw. Bywa, że tłumacze próbują oszukać klienta, a bywa, że klient oszukuje tłumacza.
W pierwszym przypadku stosowana jest praktyka zwiększania ilości pustych znaków - spacji. W Polsce ogólnie przyjętą jednostką rozliczeniową tłumacza jest 1800 znaków ze spacjami. W efekcie, przy dużych zleceniach (opiewających na minimum kilkadziesiąt stron) odpowiednio manipulując ilością znaków można "ugrać" nawet kilka stron na swoją korzyść, co może niektórym się opłacać. Tak wygląda sytuacja, gdy klient ustali z tłumaczem rozliczenie na podstawie ilości znaków w przetłumaczonym już dokumencie, a nie w źródłowym. Z tego względu z perspektywy klienta lepiej jest ustalać wynagrodzenie za tłumaczenie na podstawie dokumentu źródłowego. W przypadku j. angielskiego nie ma wielkiego problemu, ale istnieją inne pary językowe, gdzie tłumacz akceptujący tego rodzaju rozliczenie ewidentnie traci, ponieważ tekst docelowy będzie przykładowo o 1/4 dłuższy niż źródłowy.
Nieuczciwi klienci znaleźli jednak sposoby na "przechytrzenie" samych tłumaczy. Zdarzają się sytuacje, gdy klient bardzo chętnie akceptuje rozliczenie na podstawie dostarczonego przez siebie tekstu źródłowego, ponieważ zastosował "trick" polegający na wyłączeniu części tekstu spod kalkulatora statystyki wyrazów. W efekcie tłumacz przeprowadzający kalkulację otrzyma zaniżone wynagrodzenie w odniesieniu do ilości przetłumaczonych stron.
A wracając do samych tłumaczy, byłem kiedyś świadkiem "taniego chwytu", który polegał na dodaniu do gotowego tekstu (podlegającemu kalkulacji znaków do rozliczenia) dużego fragmentu prozy, gdzie czcionka była w kolorze białym (tym samym była niewidoczna) w celu zwiększenia ilości znaków w dokumencie docelowym i uzyskaniu znacznie wyższego wynagrodzenia.
Sami Państwo ocenicie, czy stosowanie powyższych, jakże transparentnych, praktyk opłaca się. :-)

Jan Sosnowski


Często pozornie proste tłumaczenie może okazać się nieprzyzwoitym zjadaczem czasu dla tłumacza, jeżeli nie posiada skonsolidowanych tematycznie "pomocy naukowych". Do niedawna było tak w przypadku przekładu tekstów, gdzie przewijały się stopnie wojskowe i policyjne. Nie tylko tłumaczenie stopni bywa trudne, ale także zrozumienie ich odpowiedników pomiędzy różnymi formacjami może być nie lada zagadką. Poniżej znajduje się tabela stopni wojskowych i policyjnych, ich wzajemne korelacje oraz ich odpowiedniki w języku angielskim. Miłej lektury.


Stopnie policyjneStopnie wojskowe - odpowiedniki w j.polskimStopnie policyjne - odpowiedniki w j. angielskim (z wyj. 1,2,5, 16 i 17)
posterunkowyszeregowypolice constable
starszy posterunkowystarszy szeregowysenior police constable
sierżantsierżantsergeant class II
starszy sierżantstarszy sierżantsergeant class I
sierżant sztabowysierżant sztabowychief sergeant
młodszy aspirantmłodszy chorążyjunior warrant officer
aspirantchorążywarrant officer class II
starszy aspirantstarszy chorążywarrant officer class I
aspirant sztabowystarszy chorąży sztabowychief warrant officer
podkomisarzpodporucznik2nd lieutenant
komisarzporuczniklieutenant
nadkomisarzkapitancaptain
podinspektormajormajor
młodszy inspektorpodpułkowniklieutenant-colonel
inspektorpułkownikcolonel
nadinspektorgenerał brygadysenior commissioner
generalny inspektorgenerał dywizjigeneral commissioner


Jan Sosnowski

Co trudniej przetłumaczyć: sonet Szekspira czy opis struktury mikroskopu elektronowego?



    O przekładaniu poezji na język polski właściwie wszystko napisał już Stanisław Barańczak. Nie ma tutaj nic do dodania, a na pewno nie w tak krótkim tekście. Rozważania teoretyczne to jednak tylko naturalny dodatek do pracy translatorskiej Barańczaka. Świadectwem skuteczności i wartości założeń dotyczących sztuki przekładu przedstawionych przez niego w tekstach naukowych i eseistycznych jest olbrzymie translatorskie dzieło: kongenialne tłumaczenia anglojęzycznej poezji od Szekspira, Donne'a przez Hardy'ego, Hopkinsa, Dickinson po Frosta, Cummingsa, czy Larkina.
    W tłumaczeniach Barańczaka zbiegają się dwa czynniki. Po pierwsze, tłumacz perfekcyjnie opanował system językowy, z którego tłumaczy. Nie jest on co prawda native speakerem, niemniej większość życia spędził w USA, co pozwoliło mu nabrać ekstremalnie wysokiej kompetencji lingwistycznej, nie bez znaczenia jest tutaj również jego filologiczne wykształcenie. Po drugie, Barańczak to genialny, nieprzeciętnie utalentowany poeta. Mistrz słowa stawiany w polskiej poezji obok Tuwima i Gałczyńskiego.
    Nic więc dziwnego, że przy takich warunkach startowych tłumaczenia Barańczaka nie dość, że dorównują dziełom oryginalnym, to często wręcz je prześcigają.
    Poziom tych przekładów onieśmiela wszystkich, którzy również chcieliby tłumaczyć angielską poezję na język polski. Co mają jednak zrobić profesjonalni tłumacze, przyzwyczajeni raczej do pracy nad tekstami urzędowymi, technicznymi czy życiorysami, gdy od czasu do czasu (nie da się ukryć, że bardzo rzadko) dostaną "zlecenie na wiersze"?
    Z wymienionych czynników zawodowy tłumacz spełnia na pewno pierwszy - doskonałe opanowanie obcego języka (a przynajmniej powinien spełniać ten warunek, idealistycznie przyjmijmy tutaj, że to norma). Trudno jednak wymagać przy tym by każdy pracownik biura tłumaczeń był poetą, choćby w jednej dziesiątej tak genialnym jak Barańczak. Nie jest specjalnie wstrząsająco odkrywcze stwierdzenie, że przyjmujący zlecenie tłumacze, na ogół wcale nie są poetami.
    Czy oznacza to, że przekazanie im do tłumaczenia poezji, równa się strzeleniu sobie w stopę? Niekoniecznie. Można z duża dozą prawdopodobieństwa założyć, że Barańczak jednak zrobiłby to lepiej, nie przekreśla to mimo wszystko możliwości, by taki przekład był jednak co najmniej przyzwoity.
    Każdy kompetentny tłumacz będzie w stanie zrobić przekład filologiczny. Zatraci się przy tym rzecz jasna całkowicie poezja: charakterystyczna dykcja poety, idiomatyka, semantyczne zagęszczenie uzyskane dzięki zmetaforyzowaniu tekstu czy też koncentracji nad środkami językowymi.
    By znaleźć kompromis między łatwo osiągalną topornością przekładu filologicznego a znajdującą się poza zasięgiem maestrią na poziomie Barańczaka, tłumacz - nie będący poetą - musi wykazać się dodatkową kompetencją, wychodzącą poza samą znajomość języka. Otóż, musi on po prostu czytać poezję. Tylko w ten sposób wyrobi w sobie wrażliwość i wyczulenie na to, co poetyckie. Tylko tak nauczy się, że wiersz, mimo że zbudowany w tym samym języku, co tekst prozatorski, jest strukturalnie i genetycznie czymś zupełnie innym. Czymś, co wymaga użycia innych narzędzi w przekładzie. O tych narzędziach doskonale pisze Barańczak w książce "Ocalone w przekładzie".
    W perspektywie powyższego nie za dobrze, gdy studenci opuszczają neofilologie z tytułami magisterskimi, dobrze a czasem świetnie opanowanych językiem obcym, ale bez zielonego pojęcia na temat literatury. Tymczasem brak znajomości literatury obcej, ale i rodzimej, poważnie upośledza filologa jako przyszłego tłumacza (nie tylko poezji zresztą).
    Ktoś, kto tłumaczy świetnie teksty techniczne, może okazać się fatalnym tłumaczem poezji. Róznica jest taka, że jeśli popełni błąd wynikający z niedostatecznego przygotowania merytorycznego w tłumaczeniu opisu budowy mikroskopu elektronowego, to zrozumie, gdy ktoś mu ową pomyłkę pokaże, na czym ona polega i będzie umiał ją naprawić. Popełniwszy zaś błąd w tłumaczeniu sonetu Szekspira, pozbawiony wrażliwości na tekst poetycki i jakiegokolwiek, choćby podstawowego, rozeznania w poetyce, nie będzie mógł w ogóle zrozumieć, co zrobił źle, ani jak mógłby w przyszłości zrobić to lepiej. Tłumaczenie wiersza to tłumaczenie artystyczne - sięgające dużo dalej - poza prostą sumę poprawności językowej i precyzyjnego rekonesansu merytorycznego.

Maciej Skrzypecki


W ostatnim czasie wiele biur tłumaczeń na polskim rynku wpadło na genialny w swej prostocie pomysł na wyłudzanie tłumaczeń od swoich podwykonawców bez potrzeby wynagradzania ich za pracę nawet symboliczną złotówką.
      Trick polega na podpisaniu z tłumaczem umowy o dzieło, w której znajduje się klauzula: „płatność po akceptacji materiału przez klienta” lub „płatność nastąpi, jeżeli klient nie zgłosi uwag do tłumaczenia” i wiele innych podobnych sformułowań.
      Dalszy bieg wydarzeń łatwo sobie wyobrazić. Tłumacz robi, co może, aby jego przekład pozostawał jak najwyższej jakości oraz, aby zmieścić się w terminie narzuconym przez biuro tłumaczeń. Niedługo jednak po oddaniu gotowego tłumaczenia okazuje się, że klient ma zastrzeżenia (najczęściej mniej lub bardziej wyartykułowane) . Co wtedy robi biuro tłumaczeń? Kontaktuje się ze swoim podwykonawcą i łaskawie ogłasza, że są w stanie zapłacić jedynie połowę stawki (czyli np.: 15 zamiast 30 zł za stronę rozliczeniową), ponieważ klient odrzucił tłumaczenie. A tłumacz? Nie może w tym momencie już zrobić nic.
      Oczywiście klient z przekładu był bardzo zadowolony, ale w umowie biura z podwykonawcą znajdowała się jeszcze druga klauzula dotycząca braku możliwości kontaktu między klientem, a tłumaczem. :-D
      Dobrze, że łaskawcy oferują te 50% stawki. Niedługo pewnie bez skrupułów wynagrodzenie tłumacza osiągnie 0 zł. Przecież mamy kryzys…a klienci bywają niezadowoleni.

Jan Sosnowski



Zadziwiające w pracy tłumacza jest to, że większość klientów poszukuje tłumaczy najtańszych nie zwracając uwagi na inne szczegóły, jak doświadczenie zawodowe, referencje, kwalifikacje, dorobek naukowy itp. Początkujący tłumacze bez wiedzy, umiejętności oraz wystarczającej znajomości języka zdolni są do oferowania na portalach aukcyjnych swoich usług tłumaczeniowych oscylujących wokół kwot chwilami o 80% niższych niż konkurencja, która piastuje na rynku stabilną pozycję już od wielu lat. Niektórzy zadają sobie pytanie, jak to możliwe, iż czasami to klient dyktuje cenę proponując „tłumaczowi” stawkę 8 złotych za stronę rozliczeniową, a ten to akceptuje i przystępuje do pracy nad „przekładem” tekstu. Mając rozeznanie w branży nie jest trudno zorientować się, o co chodzi. Otóż taktyka wyboru najtańszego tłumacza bez względu na umiejętności jest częścią bardzo dobrze przemyślanej strategii pozyskania przez klienta tłumaczenia o wysokiej jakości i w niskiej cenie. Jak to możliwe? To proste. Chcąc przetłumaczyć 10 stron rozliczeniowych tekstu w renomowanej agencji tłumaczeń musielibyśmy liczyć się z kosztami rzędu 50 złotych za stronę – czyli 500 złotych kosztów dla naszej firmy za produkt wysokiej jakości. Ta sama agencja oferuje również usługi korektorskie w cenie np.: 25 złotych za stronę. Na tym etapie domyślacie się zapewne, na czym polega „trick”. Dokładnie tak!  Płacąc beznadziejnemu „tłumaczowi” 10 złotych za stronę poniesiemy koszt 100 zł i otrzymamy coś, czym lepiej się specjalnie nie chwalić. Jeżeli jednak to „tłumaczenie” oddamy do korekty w renomowanej agencji tłumaczeń, to teoretycznie płacąc 25 złotych za stronę, poniesiemy koszt dodatkowo 250 złotych, a nasz dokument będzie rzetelnie wykonanym tłumaczeniem. W tym momencie nasz koszt całkowity za dobrze wykonany przekład wynosi 350 złotych zamiast 500!!! :-D

W tym świetle łatwo zrozumieć, czemu studenci I roku filologii angielskiej bez pojęcia o tłumaczeniu potrafią czasami zdominować lokalny rynek translatorski jakiegoś języka. Teoretycznie taki układ powoduje, że każda ze stron jest zadowolona, jednakże w praktyce każdy kij ma dwa końce i sprytny manewr firmowego księgowego najczęściej prowadzi do iście tragicznych w skutkach sytuacji. Ale niech to pozostanie tematem innego artykułu…;-)
                                                                                                                          
Jan Sosnowski


 
Top